Choć zdmuchnęła dopiero 22 świeczki, Zuria Vega („Ukryta miłość”) udowodniła, że dojrzałość nie liczy się w latach, gdyż definiuje ją postawa. Oczywiście, należy dodać do niej także rozwijającą się karierę. „Nazwisko, choć jest częścią rodziny którą kocham, nic mi nie dało. Kiedy trafiłam do firmy [Televisy], mój ojciec (aktor, Gonzalo Vega przyp.) już się wycofywał” – podkreśla aktorka. Stwierdzenie, że miała łatwy start nie jest zatem do końca prawdziwe. Od pierwszego kroku, jaki postawiła w świecie aktorskim, zanurzyła się w nim całkowicie. Zuria jest świadoma, że w tym środowisku szacunek jest sprawą pierwszorzędną i bez niego trudno jest się utrzymać. „Kiedyś aktorzy tworzyli wyselekcjonowaną grupę i mogli liczyć na respekt. Teraz mamy masę pseudo aktorów, ludzi którzy nie szanują należycie ani reżysera ani pracy ekipy” – wyjaśnia.

Pomimo młodego wieku, Zuria może pochwalić się już dziesięcioletnim doświadczeniem i znacznie dłuższym kontaktem z bogactwami swojego zawodu, z którymi styknęła się już za dziecięcych lat. „Plan zdjęciowy nie jest mi obcy. Wiele osób doznaje szoku, gdy po raz pierwszy na niego trafia, ale nie ja” – mówi z uśmiechem i przyznaje, że sama tak do końca nie wie, kiedy podjęła decyzję o pracy w tej branży. „To coś, co tkwiło w mojej podświadomości, tak jak wtedy, gdy prosisz kogoś o radę, choć wiesz, co chcesz od niego usłyszeć” – kończy.

-Miałaś plan B na wypadek gdyby aktorstwo nie wypaliło?
-Nigdy. Nie przeszło mi przez myśl, że to się nie uda. Wiedziałam, że robię coś wartościowego. Nie miałam pewności, czy spodoba się to innym, ale mnie na pewno. Wypełnia mnie w stu procentach. Wątpliwości pojawiły się dopiero później, lecz dotyczyły jedynie odpowiedniego doboru projektów.

-Ale nie ważne jak bardzo zadowolona jesteś z pracy, nie zawsze wszystko idzie po twojej myśli…
-Nie, nie zawsze. Jednak podążasz za głosem serca i wierzysz, że to, co chcesz zrobić na pewno pójdzie dobrze. Nigdy nie musiałam szukać planów awaryjnych. Dzięki Bogu, od kiedy zaczęłam pracować, nie miałam przerwy. Jeden projekt pociągał za sobą drugi i nie dawał mi nawet czasu na debatowanie.

-Jak wyglądała twoja pierwsza wizyta w studio?
-Byłam pod wielkim wrażeniem tego, jak w ciągu pięciu minut montowana jest i rozbierana scenografia. To praktycznie tak, jak stworzyć nowy świat w chwilę.

fot. Open

-Widziałaś, jak w przeciągu tych lat zmienia się świat zza kulis?
-Tak. Teraz wszyscy noszą ze sobą iPady zamiast skryptów, a przejście od sceny do sceny zajmuje moment. Nowoczesność jest „hiperutechnologiczniona”.

-Ale narzędzia nie zmieniają rzemieślników…
-Nie odważyłabym się uogólniać, że ludzie są w mniejszym stopniu profesjonalni. Domyślam się, że dawniej także nie wszyscy byli perfekcyjnie przygotowani. Uważam, że teraz jest nas po prostu więcej, a to dopinguje konkurencję.

-Czym odróżnia się aktor od kogoś, kto gra?
-Jak w każdym zawodzie, istotna jest niezłomność i tolerancja, trzeba umieć wytrwać i utrzymać dyscyplinę. Nie wszyscy tak potrafią i nie dotyczy to tylko aktorów. To się dzieje wszędzie. Jedni lekarze uczą się więcej, a inni mniej…

-Na co trzeba być przygotowanym?
-Na wszystko. W ym zawodzie potrzebna jest cierpliwość. Cały czas czekasz, aż zadzwonią do ciebie z zaproszeniem na casting, aż dostaniesz zdjęcia, spędzasz 18 godzin w przyczepie na potwierdzenie czegoś. Uczysz się przebywać z tymi samymi ludźmi w zamknięciu przez cały dzień. Niezbędne jest też szczęście…

-Na przykład do nazwiska?
-Tak naprawdę moje nazwisko w niczym mi nie pomogło. Gdy pierwszy raz trafiłam do Televisy, mój ojciec wycofywał się z grania. To, co dostarczyło mi najwięcej szczęścia to miłość innych ludzi do niego. Cudownie jest poznawać aktorów, reżyserów i ludzi mediów, którzy wypowiadają się o nim w superlatywach. Nie liczyłam na taryfę ulgową i każdą z ról otrzymałam poprzez casting.

fot. Open

-Największe wyzwanie, z jakim przyszło ci się zmierzyć?
-Nauczyć się jak lepiej szanować samą siebie. Za dużo od siebie wymagam, a przecież trzeba czasami odpuścić. Podstawą jest odpowiedni bilans i szacunek.

-Stawiasz sobie wysoko poprzeczkę?
-Jestem perfekcjonalistką. Chcę, żeby wszystko wyszło tak, jak tego zapragnę. W każdej roli, w jaką się wcielam, próbuję osiągnąć maksimum. Co ciekawe, zawsze otrzymywałam surowe postaci, które wymagały czegoś dodatkowego: striptizerka z „Sin cura”, policjantka z „El equipo”, bokserka z „Cloroformo”. Zawsze musiałam bawić się akcentami lub czymś w tym stylu.

-Jak dużo wnoszą na koniec kreowanie postaci do samej ciebie?
-Rozdzierają mnie. Każdy projekt określa inny etap w moim życiu. Na przykład gdy pomyślę o „Alma de hierro” – mojego debiutu w formacie telenoweli – przypominam sobie wszystko to, co wtedy przeżyłam. Moje role traktuję jak przebranie, które na początku wkładam, noszę, używam, a później zdejmuję.

-Czy aktorstwo jest skazane na samotność?
-Wielu myśli, że w tej karierze jest się nieustannie otoczonym ludźmi, i to prawda, ale to pociąga za sobą multum poświęcenia. Mój ojciec świetnie mi to wytłumaczył: kariera odbywa się kosztem życia rodzinnego, wyjątkowych wydarzeń; gdy dzieje się coś ważnego, a ty jesteś na planie albo w teatrze, musisz grać bo przedstawienie trwa. Są momenty,  w których choć przebywasz w tłumie, czujesz się samotnie. Ale ja lubię samotność, jest czymś, co mi nie przeszkadza.

-Jak się wtedy zachowujesz?
-Zwyczajnie. Nie robię niczego wyjątkowego. Mogę przebywać w odosobnieniu przez dzień lub dwa, zamknięta w mojej garderobie, z włączoną muzyką i dopalającymi się kadzidłami i wcale mnie to nie boli. Lubię iść sama do kina czy na kolację. Wydaje mi się, że ludzie, którzy nie lubią samotności tak w głębi nie są zadowoleni z samych siebie.

-Jak próbujesz podnieść swoją wartość na rynku?
-Staram się nie zamykać i zawsze zostawiam otwartą furtkę na wszystkie strony. Kocham telenowele i nigdy się ich nie wyprę. Mają niewiarygodną i przeogromną publikę. Niemniej jednak, próbuję nie zatrzaskiwać się tylko w nich. Na szczęście nie zostałam zaszufladkowana w jednym gatunku. Jestem dobrą, przedobrą bohaterką z telenoweli, a zarazem bokserką z Los Mochis, która nie wiedzie najlepszego życia. I taka różnorodność mi się podoba.

-Wolisz kino, telewizję czy teatr?
-Wszystkie trzy są różne i mnie naprzemiennie pociągają. Przez calutki rok grałam w teatrze, jeździłam ze spektaklem i byłam szczęśliwa, po czym pojawiła się okazja do występu w telenoweli i zamknięciu w studio. To są cykle, których przeplatanie jest czymś niesamowitym. Podoba mi się takie przeskakiwanie z jednego gatunku na drugi.

Romans Zurii z Jorge trwał trzy lata i zakończył się w maju 2011r. (fot. tvnotas)

Spod bransoletki wysuwają się zakryte litery tatuażu. „Me enamoré de ti” (tłum. Zakochałam się w Tobie), czyta, po czym z uśmiechem śpieszy z wyjaśnieniem. „Zrobiłam go razem z Jorge Poza. On ma identyczny. Jestem zakochana w miłości, wierzę w bezkresną miłość, w wierność, w rodzinę. Mówią mi, że jestem marzycielką, bo naiwnie szukam mojego księcia z bajki. Byłam w niesamowitym związku z niesamowitym mężczyzną, który zostawił mi po sobie dobre wspomnienia i jest mi z tym dobrze. Jestem szczęśliwa. Teraz odnajduję samą siebie” – oznajmia przesuwając dłoń po symbolu zakończonej miłości, odznaczonej drukiem na skórze.

-Trudno jest przeżyć głęboki związek z aktorką?
-Mnie nigdy nie sprawiało to problemu. Wszystko zależy od twoich pragnień. Szukamy kogoś, do kogo będziemy mogli się dodać, a nie uzupełnić. Kogoś, kto nas zrozumie, wesprze, kto pojmie jak ważne jest to, co robisz, twoja praca. Szukam spokoju. Osoby, która napełni mnie tym uczuciem w burzliwym momentach; przy której będę mogła usiąść wygodnie w domu i, bez względu na wszystko, będę czuć się dobrze.

-Jesteś domatorem?
-Mam jasny cel: chcę założyć rodzinę i mieć dzieci. Wiem, że będę musiała poświęcić im swój czas, dlaczego zawsze utrzymuję  równowagę pomiędzy życiem zawodowym, a prywatnym. Na wszystko potrzeba czasu. Jestem osobą zdyscyplinowaną i wybiórczą. Niewielu wie, jaka naprawdę jest Zuria Vega.

Opracowano na podstawie materiału z magazynu Open.
Rozmawiał: Allan Glatt

[tabs tab1=”Backstage Revista Open”]

[tab id=1]

[/tab]

[/tabs]


16 KOMENTARZE

  1. Dobrze że przestaliście mówić ciągle o tej Maite Perroni bo ja myślę że Zuria jest o 100 razy ładniejsza po buzi i wogóle po sylwetce

  2. tak piękna, utalentowana itd. ale dupę też pokazywać umie. Ja nie wiem czy w dzisiejszym świecie tylko to się liczy aby się rozebrać i pokazać wszystkim???

  3. świetny wyiwad z Zurią.Myślałam że ma więcej lat a tu proze taka modziutka zadroszcze jej że jest aktorką i podziwiam zarazem za jej osobowość i talent aktorski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Miejsce na Twój komentarz
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.