„Piszę o tym, o czym chcę zapomnieć” – wyznaje raczej bez przejęcia Salvador Mallo. Wycofany z artystycznego życia reżyser filmowy boryka się z nieustępującymi bolączkami natury fizycznej, przez które zamyka się na świat, a wraz z nim na jedną ze swoich największych miłości – sztukę. Kiedy otrzymuje propozycję pojawienia się na spotkaniu z publicznością po projekcji nakręconego przeszło trzy dekady wcześniej filmu, ośmiela się zapukać do drzwi aktora, odtwórcy głównej roli, z którym zerwał kontakt tuż po zakończeniu zdjęć. Nieplanowane spotkanie po latach okaże się jednym z wielu, jakie są mu potrzebne do pogodzenia się z samym sobą i uwolnienia od dręczących wyrzutów sumienia.

W najnowszym filmie Pedro Almodóvar bawi się koncepcją autofikcji. Buduje postać wzorowaną na sobie, dzieli się z nią pasją tworzenia, wsuwa jej do ręki książki swoich ulubionych pisarzy, takich jak Roberto Bolaño, otacza obrazami pochodzącymi z jego prywatnej kolekcji, namalowanymi przez Péreza Villaltę i Maruję Mallos, czy wreszcie obdarowuje powierniczką oraz prawą ręką, wzorowaną na producentce Esther Garcíi. Osadza swojego bohatera w rozgrywającej się współcześnie historii, momentami opowiadanej w pierwszej osobie i przeplatanej scenami z ubogiego dzieciństwa spędzonego razem z matką w wykutym w skale mieszkaniu. Prowadzona z rozwagą narracja staje się kluczowa do rozegrania spektaklu, w którym fikcja i rzeczywistość nakładają się na siebie, zaś poczucie upływu czasu staje się złudne. Za sprawą jednego spojrzenia na zapomniany dawno szkic lub wysłuchania znajomo brzmiącej kwestii to, co wydawało się odległe, staje się na nowo bliskie. I w każdym momencie możliwe jest dokończenie przerwanego aktu.

Bohaterka grana przez Cecilię Roth w jednej z pierwszych scen uświadamia Salvadorowi, że nawet nakręcone dawno temu filmy pozostają tym, czym były, natomiast zmieniają się oczy ich twórcy oraz sposób, w jaki je postrzega. Wybierając się na „Ból i blask” warto wziąć poprawkę na fakt, że Almodóvar nie jest już tym samym nieokrzesanym, niestroniącym od melodramatu, popkultury i kiczu reżyserem z lat 80. czy 90., chociaż bez wątpienia cząstka tamtego „ja” wciąż daje o sobie znać. Jest dojrzałym filmowcem, otwierającym się przed widzem, poruszającym problemy intymne, egzystencjalne, trudne, ale możliwe do przezwyciężenia. W dopełnieniu dzieła pomaga mu doskonale skompletowana obsada – Antonio Banderas w jednej ze swoich najlepszych ról, urzekająca naturalnością Penélope Cruz, demonstrujący swój warsztat aktorski Asier Etxeandia oraz zapadający w pamięć mimo epizodycznego występu Leonardo Sbaraglia i Julieta Serrano.

RA

ból i blask Subiektywnie: „Ból i blask”, artysta w cieniu Almodóvara boliblask scena
Penélope Cruz i Asier Flores, jako matka i syn w filmie „Ból i blask” (fot. adif)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Miejsce na Twój komentarz
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.