Jego ojciec jest Niemcem, matka Katalonką. Urodził się w Barcelonie w 1972 roku. Jako dziecko uczęszczał do niemieckiej szkoły. Naukę języka angielskiego rozpoczął w wieku czterech lat. Dziś posługuje się nim biegle, tak samo jak francuskim. Na pytanie o swoje półniemieckie pochodzenie, odpowiada z uśmiechem „Każdy ma jakąś wadę. Ale dzięki temu mam predyspozycje do grania postaci takich jak Josef Mengele”.

Álex Brendemühl został wybrany przez argentyńską reżyser, pisarkę i scenarzystkę do zagrania roli niemieckiego lekarza, Josefa Mengele, nazywanego także „Aniołem Śmierci” w filmie o tym samym tytule. „Propozycja trafiła do mnie niespodziewanie. Otrzymałem od Lucii e-mail ze zdjęciem tego mordercy i zbrodniarza wojennego, i moim, tuż obok. Napisała pod spodem: zagrasz go, bo jesteście podobni fizycznie. Zaniepokoiłem się” – wspomina aktor.

Film „Anioł Śmierci” powstał w oparciu o nowelę Puenzo pt. „Wakolda”. Przybliża nam sylwetkę tajemniczego lekarza, który przybywa do Bariloche, aby uciec od przeszłości. „Film jest oparty na faktach. Wiadomo, że Mengele zaszył się w Argentynie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak jak większość nazistów wiódł bezkarnie życie właśnie w Bariloche. Historia rozpoczyna się od jego samotnej podróży po Patagonii. Już w pierwszej scenie uwagę Mengele przyciąga córka zapoznanej przypadkowo rodziny, u której dostrzega retardację wzrostu. Wkrótce dziewczynka staje się obiektem jego eksperymentów naukowych” – dodaje Álex.

– Jak przebiegała praca z Florencią Bado? Czy była trudna?
– Florencia została wyłoniona poprzez casting. Jej umiejętności zaskoczyły nas wszystkich. Udowodniła, że ma nadzwyczajny talent. Swoim bystrym, wcale nie niewinnym spojrzeniem idealnie okazała fascynację obcokrajowcem, która wzbudziła w Mengele chęć poznania jej bliżej. Ich relacja przypomina poniekąd bajkę o Czerwonym Kapturku i wilku.
Czułem wobec niej ogromny respekt. W filmie przewijają się dwuznaczne sceny, ocierające się o przemoc, manipulacje dorosłego dzieckiem. Nie wiedziałem, jak zachowa się Florencia, czy poradzi sobie z odseparowaniem fikcji od rzeczywistości. Tymczasem ona zachowała się jak profesjonalista, z dystansem, a nawet pewną dozą humoru. Ta dojrzałość u tak młodej osóbki była wręcz szokująca.

Álex Brendemühl był gościem cyklu "Desayunos Horizontales" podczas 61. Festiwalu Filmowego w San Sebastián (fot. novela.pl)
Álex Brendemühl był gościem Julia Feo w cyklu „Desayunos Horizontes” podczas ostatniego, 61. Festiwalu Filmowego w San Sebastián (fot. novela.pl)

– Najtrudniejszym elementem tworzenia tej historii było wzbudzenie u widza zainteresowania postacią Mengele, do której trudno jakąkolwiek sympatię.
– Bynajmniej nie chodziło o apologię. Postać była już naznaczona przez swoją przeszłość. Wydaje mi się, że kluczem było zachowanie precyzyjnej odległości, nie zbliżać go, ani nie tłumaczyć; utrzymać poczucie nieufności, ale nie powodować wstrętu.

– Atmosfera napięcia i niepokoju utrzymuje się przez większość filmu także dzięki idealnie dopasowanej scenerii.
– Osadzenie historii w Bariloche nadało filmowi nowego wymiaru i dodało na atrakcyjności. Światło pustynnej Patagonii jest wyjątkowe, zimne, ma niebieskawy odcień. Rozpiętość krajobrazu pustynnego, suchego wzbudza grozę. Film szybko przybiera formę śledztwa, którego protagonistką jest postać grana przez Elenę Roger, współpracującą z ludźmi Mossadu, polujących na nazistowskich kryminalistów.

– Jedną z obsesji Lucii Puenzo jest dociekanie tożsamości seksualnej. Ten temat powraca i tym razem w osobie dziewczynki, która wchodzi w dorosłość.
– Tak, temat fascynacji z odkrywania własnego ciała oraz jego „ułomności” faktycznie ją pasjonuje. Myślę, że bardzo dobrze potrafi go przedstawić i znalazła idealny sposób na powiązanie z historią. Admiracja pięknem jest zagadnieniem bardzo aktualnym, tak samo jak igranie z hormonami, chęć ingerowania we własne ciało.

– Co było priorytetem w konstruowaniu filmowej adaptacji powieści Puenzo?
– Wyzwanie polegało na zachowaniu obrazu świata widzianego oczami tej dziewczynki, oddaniu emocji, które ją ogarniają, i nad którymi ona nie potrafi zapanować.

Film "Anioł Śmierci" był wyświetlany w San Sebastián w kategorii "Horizontes latinos" (fot. Gorka Bravo)
Film „Anioł Śmierci” był wyświetlany w San Sebastián w kategorii „Horizontes latinos” (fot. Gorka Bravo)

– Masz za sobą 20 lat kariery. Rola, którą można by określić mianem przełomowej w twoim dorobku artystycznym była postać Abla w firlmie „Godziny dnia” Jaime Rosalesa
– Ten film dał mi drugie życie. Za tę interpretację otrzymałem wiele pochlebnych opinii. Szybko posypały się także ciekawy oferty. Co ciekawe, większość z nich dotyczyła postaci seryjnych zabójców. Niektóre przypominały parodię tego, co pokazałem w „Godzinach dnia”.

– „Zaszufladkowano” cię jako obsesyjnego introwertyka.
– Niewątpliwie musiałem się od tego odciąć. W dodatku uważam się za aktora komediowego, choć publiczność zdaje się tego nie dostrzegać (śmieje się).

– Widzieliśmy Cię także w filmie „W mieście” oraz w „Cisza przed Bachem”.
– Miałem szczęście grać u reżyserów, których podziwiam i u których chciałbym występować, takich jak Pere Portabella czy Cesc Gay. Niewielu aktorów ma ten przywilej. Dodatkowo wykreowałem dużą gamę postaci, łącząc pracę w teatrze z kinem.

Czym kierujesz się przy dokonywaniu wyborów?
– Polegam na intuicji. Gdy przeglądam oferty, jeśli są (śmieje się), staram się nie rozmyślać zbyt długo. Raczej zdaje się na uczucia, na atrakcyjność. W drugiej kolejności dochodzą elementy typu reżyser, obsada, gdzie się rozgrywa akcja. Kiedy spotykasz taki film jak „Anioł Śmierci”, wiesz, że stoi przed tobą wielkie wyzwanie.

– Co teraz?
Premiera filmu „Estrella fugaz” Luisa Miñarro. Gram Amadeusza Sabaudzkiego, przeklętego króla, którego nie dopuszczono do objęcia tronu. Powrócił do Hiszpanii z Włoch. Rządził zaledwie dwa lata, po czym wyjechał, twierdząc, że Hiszpania jest krajem, nad którym nie da się zapanować. To postać tragikomiczna.
Chciałbym zagrać w filmie latynoamerykańskim. Lubię świeżość, z jaką tworzy się kino w Ameryce Południej. Tamtejsi producenci mają odwagę robić filmy o mocnej tematyce, ale trudno jest generalizować. Kinematografia niemiecka także się o mnie upomina.

Rozmowa z publicznością po pokazie filmu "Anioł Śmierci" w San Sebastián (fot. Gorka Bravo)
Rozmowa z publicznością po pokazie filmu „Anioł Śmierci” w San Sebastián (fot. Gorka Bravo)

– Wróćmy do „Anioła Śmierci”, a dokładniej do nazistów. Lata 60. Porwanie Eichmanna, poszukiwanie nazistów, „ciebie” – te tematy wciąż przykuwają uwagę.
– Mengele miał łatwiej, ponieważ nie był głównym celem. To pomogło mu żyć w azylu i umrzeć w wieku ponad 70 lat w Brazylii. Interesujące jest to, że choć wielu próbowało go dopaść, jemu, być może ze względu na zręczność albo dopisujące szczęście, udało się uniknąć wymiaru sprawiedliwości. Tak, temat powraca. W Ameryce ukrywało się wielu zbrodniarzy wojennych, niektórych przyjmowano z otwartymi rękami, wykorzystywali swoją wiedzę i umiejętności do pracy w przemyśle, w naukach ścisłych. Niektórzy nawet wykupili swoją wolność. To przerażające i zaskakujące jednocześnie, a do tego jak współczesne. Okres zimnej wojny, przełom lat 50. i 60. wciąż fascynuje przez swoją tajemniczość, to w jaki sposób ludzie przemieszczali się z jednego kraju do drugiego, posługując się fałszywymi dokumentami. Idealny materiał na kino grozy.

– Wielu zbiegów ukrywało się w Ameryce, wykorzystując okresy dyktatur. Mówił o tym już Stanley Kubrick w filmie „Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę” (oryg. „Docteur Folamour”).
– Tak, sam Mengele był zaufanym lekarzem Alfreda Stroessnera w Paragwaju. Lepiej nie mógł trafić. Filmy jak ten są potrzebne, ponieważ te kraje wciąż czerpią z tamtych wydarzeń.

Opracował: Robert Aronowski